Dobra rada w wesołej formie jest lepsza niż poważne pouczenie.
Baltasar Gracián y Morales

Into the wild - recenzja filmu

Wyreżyserowany przez Seana Penna film Into the Wild oparty jest na książce Jona Krakauera o takim samym tytule.

Ten amerykański alpinista i dziennikarz opowiada historię Christophera McCandlessa, który po ukończeniu studiów porzucił dotychczasowe życie i zdecydował się na samodzielną wyprawę na Alaskę. Akcja filmu rozpoczyna się w momencie, gdy bohater przekracza granicę oznaczającą szczególnie niebezpieczny zimą teren Parku Narodowego Denali. Wędruje w głąb rezerwatu, znajduje opuszczony autobus, urządza się w nim, poluje, czyta książki i nareszcie doświadcza upragnionej samotności. Kolejne ujęcia rozgrywają się dwa lata wcześniej i pozwalają retrospektywnie poznać historię Chrisa. Zostajemy przeniesieni na rozdanie świadectw ukończenia studiów. Narracja prowadzona jest wówczas przez głównego bohatera. Spogląda on na żyjących obok ludzi, krytykuje otoczenie i rodziców. Następnie pałeczkę przejmuje jego siostra, Carine, która opowiada o tym, jak Chris oddał oszczędności na cele charytatywne, pozbył się wszystkich zbędnych rzeczy i ruszył z plecakiem w świat.
Dalsza część jest dość przewidywalna: niezwykłe przygody, nowe doświadczenia i podróż jako inicjacja w dojrzałość (jak przystało na film drogi). Ponadto samotność, która, jak przekonuje się bohater, nie daje szczęścia. Cóż z tego, że przeczytał mnóstwo książek, że nieustannie cytuje Londona (zwłaszcza jego Call of the Wild), Tołstoja, czy Thoreau. Dopiero w momencie śmierci (spowodowanej zjedzeniem trującej rośliny), pojął że „prawdziwe szczęście jest wtedy, kiedy się nim dzielimy”, cytując jego słowa. Oczywiście nie można mieć zastrzeżeń do konstrukcji tej opowieści. Scenariusz jest tu wierny książce i (prawie dokładnie) prawdziwej historii Chrisa McCandlessa. Mam jednak wiele zarzutów wobec Seana Penna za stworzenie schematycznego obrazu, który nie podejmuje próby wyjścia poza sztampowe zabiegi. Rozpoczynając od ekstatycznego podrzucania czapek na rozdaniu świadectw, stereotypowego wizerunku hippisów, amerykańskich rolników, nędzarzy z podziemnego, nocnego Los Angeles, na scenie śmierci głównego bohatera kończąc. Bowiem nawet finalny obraz okraszony jest licznymi górnolotnymi sentencjami. Dopiero na łożu śmierci Chris doczytał sugestię Londona, by nazwać rzeczy ich właściwym imieniem. I tak zamiast przybranym nazwiskiem Alexander Superstamp ostatnie przesłanie do świata podpisał własnym: „Miałem szczęśliwe życie i dziękuję Panu. Żegnajcie i niech was Bóg błogosławi!”. Po czym uroniwszy łzę wyzionął ducha. Odjazd kamery.
Oczywiście ironizuję i upraszczam. Nie mogę jednak wybaczyć Pennowi wyreżyserowania tak banalnego i pełnego kiczowatych obrazków filmu. Zachody słońca jak z tandetnych płócien, pięknie skrzące się ognisko, niebezpieczny spływ kajakiem i Chris czytający poezję na skale (na Judahu Skale, chciałoby się dodać). Nietrudno odgadnąć przesłanie, jakie ma nieść film: Chris, skrzywdzony przez konsumpcyjne amerykańskie społeczeństwo ucieka w dzicz, by odkryć prawdziwe emocje, obce współczesnemu światu. Jego nieszczęśliwe dzieciństwo zaś wynika z zawarcia przez zupełnie obcych sobie ludzi kontraktu małżeńskiego, mającego zapewnić im ekonomiczny dobrobyt. W filmie ukazana jest także platoniczna miłość głównego bohatera do młodej hippiski i piękna scena, gdy odrzuca on jej propozycję seksualną, by nie być do niczego i nikogo przywiązanym. Szkoda, że morały płynące z jego wielkiej podróży podane są w sposób tak oczywisty. Widocznie Penn zakłada, że odbiorca sam nie jest zdolny do takich konstatacji.
Na domiar złego nie mogę przejść obojętnie obok polskiego tytułu (zarówno książki Krakauera, jak i filmu), który brzmi: Wszystko za życie i moim zdaniem w żaden sposób nie odzwierciedla złożonego charakteru oryginału. Jest jednak rzecz, która mnie zachwyciła: muzyka autorstwa Eddiego Veddera. To ona pozwala wysiedzieć w fotelu, spaja akcję, wypełnia choć po części liczne dłużyzny i sprawia, że momentami da się wierzyć, że irytujący bohater o pięknej buzi i zmierzwionych włosach ma jednak coś do przekazania. Dlatego zamiast filmu polecam płytę ze ścieżką dźwiękową.

Reżyseria: Sean Penn
Scenariusz: Sean Penn
na podstawie powieści Jona Krakauera
Muzyka: Michael Brook, Kaki King, Eddie Vedder
Zdjęcia: Eric Gautier
Montaż: Jay Lash Cassidy
Producent: Sean Penn

Obsada:
Emile Hirsch jako Christopher McCandless
Marcia Gay Harden jako Billie McCandless
Vince Vaughn jako Wayne Westerberg
William Hurt jako Walt McCandless
Catherine Keener jako Jan Burres
Jena Malone jako Carine McCandless
Brian Dierker jako Rainey
Zach Galifianakis jako Kevin
Hal Holbrook jako Ron Franz

Rok produkcji: 2007
Tytuł oryginalny: Into the Wild
Czas trwania filmu: 140 min.
Produkcja: USA
Gatunek: dramat

Komentarze

  • A może skupmy się właśnie na przesłaniu filmu, tym co on mówi? Jak dla mnie historia jest piękna, tak samo jak otoczenie. Zaczyna mnie to powoli denerwować, kiedy ludzie okraszają mianem "banalnego" obrazy, w których jest po prostu pokazywane ludzkie życie, chwile najpiękniejsze i najtrudniejsze. Wszystko musi już być nowe, nigdy wcześniej w filmach nie pokazywane, żeby zostało chociaż minimalnie docenione? Za mało "wysiłku intelektualnego" ;>? twórzcie własne filmy.

    Ja uwielbiam ten film, uwielbiam muzykę, historię, krajobrazy, Hirscha i Penn'a; i będę ich bronić do ostatku sił ;)

    Marta

    2012-04-07 20:12:58

  • No niestety, zgodzę z Tobą Agato tylko co do dwóch kwestii - soundtrack jest niesamowity, a tłumaczenie tytułu słabe. Muzyka staje się jednak wspaniałą dopiero po obejrzeniu filmu. Za każdym razem gdy jej słucham, niemal od razu odtwarzam równolegle w mojej głowie obrazy z tego pięknego dzieła jakim jest Into the Wild. Jest to dla mnie bez wątpienia jeden z najważniejszych filmów jakie dane mi było obejrzeć, dlatego przychylam się tutaj do opinii Marty :)

    Swoją drogą film zainspirował mnie do przeczytania książki, na bazie której został nakręcony, Zewu krwii Londona, czy powieści Tołstoja. Ciężko mi stwierdzić czy na dzień dzisiaj bardziej "żyję" filmem, czy samą osobą i historią Chrisa, jednak z pełnym przekonaniem polecam (co robiłem nie raz w Macieju ;P) zarówno film jak i książkę.

    Proste zabiegi artystyczne? Tani sentymentalizm? Banalne przedstawienie morału? Być może.
    Jest jednak w tym filmie coś, co sprawia, że po jego obejrzeniu pewne rzeczy przestają być takie same. Zaczynają być piękne.

    Dawid

    2012-04-10 01:24:44

  • Tak bardzo nie chcę spamować, ale równocześnie tak bardzo chcę napisać, że dwa ostatnie zdania wyjąłeś mi Dawidzie z ust ;D Poza tym, no cóż- dla mnie jest to order cialis site espharmacy.com najważniejszy film, jaki dotychczas dane mi było obejrzeć :)

    Marta

    2012-04-10 22:44:15

  • nikt nie napisąl o tym, że główny bochater byl chory na schizofrenię.. to dramatyczna opowiesc o niedojrzalosci i rozpoadzie rodziny - potworni krzywadzaca ta recenzja i jakze plytka

    kasi

    2012-04-22 23:08:11

  • Witam serdecznie,
    Droga Pani Agato, muszę się z Panią zgodzić, iż pewne sceny są przedstawione w sposób banalny. Ujął bym to inaczej - prosty. Czy bowiem jest piękno natury ? Otchłań morza, bądź ogrom gór. Jest to coś najbardziej naturalnego i harmonijnego - jest to proste.
    Dążenie głównego bohatera opiera się na atawistycznej potrzebie egzystowania z naturą, poprzez zrzucenie obroży uciskającej cywilizacji. Obejrzałem niedawno ten film i muszę stwierdzić, że dołączył do grona filmów ulubionych.
    A tak już całkiem prywatnie,
    Agato, spójrz kiedyś wokół siebie. Jak to zrobisz zajrzyj do środka swojego wnętrza. Co tam odnajdziesz ? Chęć posiadania luksusowych rzeczy, samochód, białe skórzane fotele, laptopa z jabłkiem ?
    -A może tak jak nasz Chris zobaczysz nieznane, impuls, który poruszy Twoje ciało, abyś wstała i spojrzała w stronę nieba.

    Pozdrawiam !

    Jerry

    2013-01-14 18:32:14

Ostatnio na blogu

Piękny czyli? Kochający bliźniego!

W czwartek 10 kwietnia gościem Akademii Intelektu był artysta Tomasz Budzyński. Spotkanie pod tytułem "Piękno zbawi świat" przybliżyło nam twórczość pana Budzyńskiego, w szczególności tą której mogliśmy nie znać lub znać słabo. Zanim porozmawialiśmy z naszym gościem, wysłuchaliśmy sonaty wykonanej na gitarze przez Dagmarę Mazur.

Facebook Like Box

Napisz do nas!

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.
Masz pomysł na spotkanie? Uwagi? A może miłe dla nas słowa?

Pisz śmiało! :)